Ogłoszenia urzędowe

  • przetargi
  • obwieszczenia
  • inne
zobacz więcej ...
 

Środki pomocowe UE

Inwestycje realizowane z dofinansowaniem funduszy unijnych

zobacz więcej ...
 

Kultura

Wydarzenia, wystawy, warsztaty i inne inicjatywy kulturalne naszej społeczności

zobacz więcej ...

 

Kontakt

Urząd Gminy Trzcianne
ul. Wojska Polskiego 10
19-104 Trzcianne
tel. / fax. 085 738-50-56
email: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

 

gminny portal mapowy 02

 

Czy wiesz, że...

Nasza gmina leży w sercu Biebrzańskiego Parku Narodowego. Wystepują tu unikalne w skali światowej gatunki flory i fauny.

Dzienniki Urzędowe:
Dziennik Ustaw
Monitor Polski

 

Alternative flash content

Requirements

 

Alternative flash content

Requirements

 

abc-odpady

 

baner turystyka207px

 

logo lgd

 

Program 500plus

 

Wspomnienia naszych mieszkańców - I

Maria KramkowskaZ przyjemnością pragniemy zaprezentować Państwu cykl wspomnień mieszkańców gminy Trzcianne. Począwszy od dnia dzisiejszego, publikować będziemy ciekawe historie z życia ludzi, którzy przeżyli ciężki czas wojny i nie tylko. W niedalekiej przyszłości mogą się Państwo spodziewać podobnych wpisów zawierających wspomnienia mieszkańców Chojnowa, Mroczek, Niewiarowa, Wyszowatych czy Zubola.

Cykl postanowiliśmy zapoczątkować wspomnieniami Pani Marii Dąbrowskiej, z domu Kramkowskiej z Trzciannego, w 1941 roku zesłanej wraz z rodziną na Syberię, zmarłej w 1997 roku.


Był to tragiczny poranek 20 czerwca 1941 r. O godzinie 5 rano przyszło do nas [Kramkowskich w Trzciannem] dwóch ruskich żołnierzy.

Zapytali mamy [Katarzyny z Popowskich Kramkowskiej]:

-     Gdzie jest Twój mąż [Antoni Kramkowski]?

Mama powiedziała, że jest w polu.

Jeden ruski żołnierz uzbrojony w karabin poszedł na pole do ojca i przyprowadził go z pola nic nie mówiąc, a drugi, też uzbrojony w karabin, został z nami. Gdy ojciec przyszedł z tym ruskim żołnierzem z pola, to ten drugi wziął w rękę zegarek i powiedział:

-     Daję Wam sorok minut – i żebyśmy wzięli coś nie coś i pojedziem.

Mama pyta się:

-     Gdzie? My nigdzie nie pojedziem! Tu jest nasza Ojczyzna! I tu my powinniśmy być!

Żołdak pchnął mamę i krzyczał, i wytrzęsał karabinem.

-     Jak nie wyjdzie to ubiju kak sobaków.

I krzyczeli:

-     Skarej! Bo nic nie weźmiecie, a jechać musicie, wredniaki i nie możecie tu zostać.

Zaczęliśmy płakać, a oni śmiali się i mówili:

-     Maskwa ślezom nie wierit.

Tatuś wyszedł na podwórze to już furmanka stała przed domem. Wzięli nas za kark i popychali:

-     Skarej!

No i cóż my biedni mieli robić. Co mieliśmy pod ręką: trochę chleba, słoniny, kaszy i trochę mąki, bo więcej już nie dali nic wziąć. Jeden z karabinem pchał nas i krzyczał:

-     Skarej!

A było nas czworo: mama [Kramkowska z Popowskich Katarzyna zesłanka syberyjska], ja [Dąbrowska z Kramkowskich Maria zesłanka syberyjska], tatuś i mały 7-letni braciszek. Drodzy Państwo! Żebyście wiedzieli, jak trudno nam było z rodzinnego domu odchodzić i jechać w nieznane. Płakaliśmy i krzyczeliśmy, ale niestety nic to nie pomogło. Prawie gwałtem posadzili nas na furmankę i powieźli nas do stacji Mońki. Tam dopiero zobaczyliśmy tyle narodu, płacz, lament i wisk. To co tam zobaczyłam, to po prostu nie da się na tym martwym papierze opisać. Co tam działo się? Zobaczyliśmy duży sznur bydlęcych wagonów, a wokół nich dużo narodu, staruszki i małe dzieci, nawet było jednodniowe dziecko pani Janiny Tokarzewskiej z Dolistowa. Ze wszystkich stron nadjeżdżały furmanki z ludźmi. Płacz, krzyk, lamenty i wyrzekania. Co tam działo się to nie do opisania. Pisząc, nadal słyszę te lamenty, płacze i krzyk, i łzy mi same cisną się do oczu. Żołnierze ruscy uzbrojeni urągali nam:

-     Wy wredniaki, wy pamieszczyki!

I pchali nas do wagonów stojących na torach. Pchali nas dzień i noc. A było nas z 5 tysięcy ludzi. Była to już sobota 21 czerwca 1941 r. Napchali nas gęsto. W naszym takim wagonie było nas 42 osoby. Była i pani Tokarzewska z Dolistowa, która w czwartek wieczorem o godz. 8-mej urodziła córeczkę, a w piątek rano te katy zabrali ją z tym parogodzinnym dzieckiem i z babcią. To ta starsza pani nie mogła tego przeżyć i zaraz padła na peronie i zmarła, bo nie wytrzymała. I nie mogła tego przeżyć, że jej wnuczkę w takim stanie po porodzie wzięli z dzieckiem. Tę babcię gdzieś zabrali i Tokarzewska już nie dowiedziała się gdzie i co zrobili z jej babcią.

W sobotę rano o godz. 5-tej nasz transport załadowany po brzegi żywym towarem ruszył ze stacji Mońki w nieznane. W tym czasie zaczęły bić dzwony i wyła pociągowa syrena tak jak na trwogę. Biły dzwony nie tylko w Mońkach, ale i w Krypnie, i w Knyszynie i w Białymstoku. Nie wyobrażacie Państwo: co to była za rozpacz? Serce krajało się z żalu i krzyku, chyba było słychać to nasze wołanie w niebie. Zaryglowane wagony na sztaby ruszyły w nieznaną dal. Przy każdym wagonie kilku uzbrojonych żołdaków siedziało. A tu upał, ludzie mdleli, krzyczeli:

-     Dajcie wody!

Dzieci przez kratkę okienną spuszczały butelkę i prosiły:

-     Dajcie pić!

To przychodził żołdak i kolbą karabinu pobił tę butelkę. Proszę sobie wyobrazić: w upalny dzień, bez wody i pod zamknięciem! To była rozpacz. Ludzie mdleli, a było nas 42 osoby. Była rodzina Kramkowskich cztery osoby, rodzina państwa Gajewskich, pani Radomska z synem, Tokarzewska z dwoma małymi dziećmi, pani Suchcicka z rodziną, pani Poduch z rodziną, Pasiewiczowa z panią Olszewską z rodziną, pani Kisłowa z rodziną, pani Kalinowska z rodziną, pani Wojnowa z rodziną, pani Chmielewska z rodziną, pani Chmielowa z rodziną, pani Urban z rodziną, Pawelscy z rodziną, Dobrzyniewska z córką.

Rodzina Kisło
Rodzina Kisło
Pani Radomska z córką
Pani Radomska z córką

Potem dali nam na dwa dni małe wiaderko wody na 42 osoby. Proszę sobie wyobrazić: jak musieliśmy sprawiedliwie dzielić się tą wodą? Mieliśmy taki mały kubeczek i tym kubeczkiem tak dzieliliśmy, że tylko nam można było łyknąć jeden łyk wody, bo i na jutro trzeba było zostawić kropelkę. A ta biedna Tokarzewska z tym maleństwem jednodniowym to tylko dziecku dawała zamiast mleka trochę wody […] a w piersi pokarmu nie miała. No bo skąd, jak nic nie było do jedzenia. O spaniu to nie było mowy, nawet usiąść, tak było ciasno, bo jednak każdy miał coś niecoś z domu. A ze spaniem to było tak, że do północy jedni stali, a druga połowa ludzi siedziała i tak spali na siedząco, a po północy ci co stali to siadali, a ci co siedzieli to wstawali na nogi i stali do rana, bo o leżeniu to nie było nawet mowy. I w takiej ciasnocie i głodzie jechaliśmy dalej i dalej, aż po kilku dniach dojechaliśmy do Katyńskich Lasów i tam na bocznicy staliśmy dwa dni. Po dwóch dniach doczepili dwie lokomotywy z przodu i jedną z tyłu i tak ciągnęli nas dalej i dalej, i dalej, i tak w głodzie i bez wody jechaliśmy osiem tygodni. Co to jest na dwa dni jedno wiaderko wody na 42 osoby i w taki upał? I jeszcze do tego, wszystko było do jedzenia na sucho. Słonina słona, suchy chleb, bo mąki i kaszy na sucho nie dało się zjeść. Najgorzej to było patrzeć na dzieci małe i staruszki jak się męczyły. Dla małego dziecka nie przełożysz, że nie ma wody, a w uszach tylko był krzyk:

-     Mamo pić! Pić!

I tak omdlałe „zasynali” z płaczu i zmęczenia. Nachylaliśmy się nad nimi i słuchaliśmy, czy jeszcze oddychają. Po tych strasznych ośmiu tygodniach zmęczenia dowieźli nas na Syberię. Miasto Omsk.

Tam na bocznicy zaczęli nas wygrużać z wagonów. Jak wyszliśmy na powietrze po ośmiu tygodniach, popadaliśmy na kolana, nie mogliśmy stać na nogach, to jeden drugiemu, a przeważnie tym starszym ludziom musieliśmy pomagać wstać na nogi. Potem zawieźli nas do takiego dużego teatru, a było nas 5 tys. ludzi. Do tego pomieszczenia ruscy ludzie rzucali nam do środka kartki, że powiozą nas na białe niedźwiedzie. To nasze ludzie zaczęli buntować się:

-     My nigdzie nie pojedziemy!

To przyszli ruscy żołnierze, uzbrojeni w karabiny maszynowe i granaty i dużo naszych ludzi aresztowali. Ten bunt to nam nic nie dał, tylko zaszkodził, bo dużo, przeważnie mężczyzn, aresztowali. Co to nam dało, biednym i bezbronnym ludziom, przeciw rozszalałym bestiom? I jeszcze w ich kraju! Dużo aresztowali, a resztę powiązali ręce i powrzucali jak bydło na samochody i zawieźli nas na przystań. I tam kolbą w łeb!

Poładowali nas na transportowe barki. I wieźli nas w dół Irtysza. Wieźli nas cztery dni. Po czterech dniach ładowali nas na łódki i tymi łódkami dowozili do brzegu. Była to miejscowość Bolszenki, 400 km od Omska, na brzegu rzeki Irtysz. Nad brzegiem Irtysza zebrało się bardzo dużo ruskich ludzi. Przyszli nas oglądać, bo nie wiedzieli, co to znaczy taka nacja jak Polacy. Aż milicja z karabinami rozganiała ludzi.

Potem dali nas każdej ruskiej rodzinie. Były to ziemlanki, ciemno, ciasno i brudno, napadły na nas wszy i świerzb, a tu nie było czym tępić i w takich warunkach musieliśmy żyć i chodzić do pracy. Ci ludzie, co tam mieszkali, to byli skazańcy za różne przestępstwa. Bo oni tam byli wysłani na katorgę. Tam i nas wywieźli na tę katorgę. Bo była to naprawdę katorga na stracenie. I to nas zabijało, że oni mówili, że stamtąd odwrotu nie ma. I to nas strasznie przygnębiało. Tam nie było żadnej drogi tylko same kępy i trzęsawiska. Tam tylko z Omska jednym samolotem dojechać, a więcej niczym. Do tego dokuczał jeszcze głód, nędza i ubóstwo. Jeść nam nie dali, powiedzieli:

-     Starajcie się sami.

To z początku trochę jedzenia mieliśmy z domu z Polski, trochę mąki, kaszy i słoniny. Ale niestety szybko się to skończyło. Zbieraliśmy różne korzenie, jagody jarząbek, aby przeżyć, a niektórzy ludzie łapali psy i koty i tym żywili się. My młodzi, jak dopadniem do pszenicy, to tak jemy, aż bolą szczęki. Zaraz po przyjeździe powiadomili nas, żeby co miesiąc meldować się do NKWD: czy który z nas nie uciekł. Dali nam taczki i kazali nam wywozić glinę 3 m w górę po desce. Ciężka to była robota, ale nie było litości. Stali i krzyczeli:

-     Skarej!

I kolbą w łeb. Tam pracowaliśmy jakiś czas.

A potem posłali nas do lasu, do roboty. Było nas pięć kobiet: ja, moje dwie koleżanki Irka i Lilka i dwie starsze panie: Olszewska i Suchcicka. Zawieźli nas do lasu 12 km i dali nam bardzo ostre siekiery. I kazali nam na dwie zrobić 5 metrów. Trzeba było ściąć drzewo z pnia, ogolić je z gałęzi, porżnąć na metry i ułożyć. Ja, jako 15-letnia dziewczyna, również nigdy nie miałam siekiery w ręku i moje koleżanki, ale musiały niestety wziąć te siekiery
i rąbać duże drzewo. Rąbaliśmy ze wszystkich stron, żeby go przerąbać, a oni krzyczeli tylko:

-     Skarej! Bo nie dostaniecie kartki na chleb!

No i cóż robić, trzeba wziąć się do roboty. Z trudem zrąbaliśmy jedną brzozę. Bierzemy się za obcinanie gałęzi, ale nagle straszny krzyk i obok stojąca koleżanka Lilka runęła na ziemię jak długa i zemdlała. Dolecieliśmy do niej i patrzymy, że jest cała we krwi. Jak się okazało, ona tą siekierą obcięła nie gałąź, ale swoją stopę z dużym palcem. Krew sika jak z fontanny, a my nie możemy jej zatamować. Porwaliśmy chustki z głowy i fartuchy, a tu krew daje, bo przecięła sobie żyłę. Ona mdleje, a tu nie ma wody. To my piętami wyciskali
z bagna trochę rudawiny i dajem jej do picia. A ona prawie na pół martwa. Nie wiemy, co mamy robić. Zaczęliśmy mocno krzyczeć i płakać, że było nas słychać w niebie. Ale dobry Bóg i Matka Najświętsza wysłuchała nasze wołanie. Po pewnym czasie zjawił się „objeszczyk” i usłyszał te nasze krzyki i wołanie przyjechał konno i pyta się nas:

-     Co się stało?

My powiedzieliśmy, co się stało. To on wziął ją, przewiesił przez konia i powiózł ją na pół żywą do szpitala. I tak nam przeszedł pierwszy dzień w lesie. Nic nie zrobiliśmy. Na jutro rano poszliśmy do kantoru do dyrektora. Wyzwał nas od „wredniaków” i różnie. I powiedział:

-     Za taką robotę – chleba niet.

Rozpłakałyśmy się i głodni poszliśmy znów do lasu z siekierkami. I od tego dnia chodziliśmy do lasu co dzień, bo trzeba było dostać tę kartkę na chleb, a było jego bardzo mało, a kto zgubił kartkę, to jeść cały miesiąc chleba nie dostał. Każdego ranka to trzeba było iść bardzo rano do łarka i zająć o 4 rano kolejkę, bo jak pójdziesz trochę później to chleba niet. Ja jako pracująca dostawałam 500 g chleba i tatuś też dostawał 500 g, a mama dostawała tylko 100 g chleba na dzień, a braciszek, który miał 7 lat, dostawał 200 g chleba i to musiało wystarczyć nam na cały dzień. Prócz tego nic innego nam nie dawali. Tam w tych urmanach byliśmy półtora roku.

Był rok 1942, była mroźna i śnieżna zima, głód i chłód bardzo dokuczał w tych ziemlankach, po prostu marzliśmy. Do pociągowej stacji mieliśmy najbliżej do Omska – 400 km. Latem do tego Omska z Bolszenków można dojechać tylko samolotem. Tu w Bolszenkach żadnych dróg nie było. Były tu tylko bagna, stąd tylko zimą można było iść suchą nogą. Tu były srogie zimy i duże mrozy dochodziły 40°C i wyżej, ale my, biedne tułacze, mieliśmy szanse iść zimą, pieszo do stacji kolejowej.

W grudniu 1942 r. zaczęli Polacytułacze wyruszać na piechotę do Omska. Szli tułacze: owinięte nogi szmatami i ciągnęli za sobą saneczki. A na tych saneczkach to był cały ich majątek, parę jeszcze nie zdartych łaszków. Po jakimś czasie tatuś mój zdecydował, że nam czas iść do Polski, że droga do Polski jest bardzo daleka. No i stało się.

Zrobił tatuś sanki i jeszcze kilka rodzin Polaków pewnej nocy ruszyło w daleką nieznaną drogę do ojczyzny, a ojczyzna było bardzo daleko. Na drogę mieliśmy tylko kilka główek czosnku i w torebce trochę upieczonych placków z suszonych łupin i trochę rozdrapanej pszenicy, którą ukradłam. To był nasz cały zapas na tak daleką i trudną drogę. A była to naprawdę daleka droga, bo aż 400 km pieszo. Pierwszego dnia przeszliśmy aż 60 km. Co kilka kilometrów naszej drogi mama dawała nam po jednym ząbku czosnku i po parę kruszynek placków. Ja ciągnęłam sanki, a tatuś popychał i jednocześnie ciągnął drugie, mama popychała, a mały braciszek Ziutek też pomagał jak mógł. Po kilku dniach wędrówki ludzie po drodze pozostawali w kołchozach, bo było bardzo ciężko, chłodno i głodno. W końcu zostaliśmy sami. Nieznane strony, głodni, zmęczeni i do tego silny mróz nam towarzyszył. Ale tatuś nie rezygnował i postanowił iść dalej. Zawsze powtarzał, że do Polski jeszcze daleko. I tak szliśmy sami od kołchozu do kołchozu, a było i tak, że musieliśmy iść całą noc, bo nikt nas nie przyjął na noc. Szliśmy z modlitwą na ustach.

Pamiętam jednego dnia pod wieczór braciszek mój usiadł na śniegu, bo już nie miał siły iść dalej. Powiedział: Idźcie, bo ja już nie mogę. Powiedziałam do mamusi, jak zobaczy, że my już trochę odejdziemy, to przyleci. Ale niestety siedział, bo naprawdę biedna dziecina nie mógł już iść dalej. Zwaliliśmy z sanek te swoje rzeczy i z mamusią poszliśmy po niego. To kochane dziecko powiedziało do mamusi:

-     Mamuś zostaw mnie, bo ja jestem dla Was ciężarem, a dalej nie mogę iść. Mamuś pozwól mi tu zostać.

Łzy mi się same cisnął do oczu. Mamusia złapała go i powiedziała:

-     Synku, dziecko moje drogie, ja Cię nigdy nie zostawię, choćby cię trzeba było ciągnąć, to bym ciągnęła, a jak bym nie mogła, to bym przytuliła Cię do siebie i razem bym zginęła.

Taka to jest miłość matki do dziecka. Posadziliśmy go na sanki i tak szliśmy półtora miesiąca. Doszliśmy do jednego kołchozu. Mieliśmy za sobą już 300 km, a przed nami jeszcze 100. Ale już po prostu brakło nam sił.

Do Omska podwiózł nas samochód za co tatuś dał kierowcy buty angielki i garnitur, który chował na śmierć. Z Omska znów na saneczkach do 43 sowchozu. Tam było już kilka polskich rodzin: pani Tokarzewska, pani Radomska, państwo Gajewscy, państwo Pasiewiczowie, państwo Wojny i inni.

Tam już zostaliśmy, bo stamtąd do stacji było tylko 12 km. Gdy zaszliśmy do 43 sowchozu, to na drugi dzień musieliśmy iść do roboty, bo by nie dali nam kartki na chleb, a to było nasze całodzienne wyżywienie. Kazali nam iść na ogród do roboty, a ja już nie mogłam robić, bo byłam już chora na zapalenie obu boków. Ale jakoś z trudem przerobiłam dwa dni i dostaliśmy kartki na chleb. Tatuś dostał 500 g, ja też 500 g, mamusia tylko 100 g, a braciszek 200 g. Razem 1 kg 300 g i to był nasz dzienny „pajok”. Na trzeci dzień ja już do roboty nie mogłam iść, bo nie mogłam z łóżka głowy podnieść, a łóżkiem naszym to były te sanki, cośmy ich ciągnęli za swoimi rzeczami. Zachorowałam na silne zapalenie płuc. Co dzień przychodziła pielęgniarka i stawiała mi bańki. W tym czasie tatuś po tej drodze był bardzo osłabiony, nie było co jeść, zaczął puchnąć z głodu i taki był słaby, że tylko na ogrodzie spał. Ogrodnikiem był Madziar i pewnego dnia odwiózł tatusia do Kirowska, przedmieścia Omska, mówił, że do szpitala.

W tym czasie z wyczerpania i głodu zachorowała mamusia na tyfus. Zabrali mamę też do Kirowska do szpitala. A mnie na pół martwą zostawili w ziemlance. W tak małym pomieszczeniu mieszkało nas 11 osób, 7 dorosłych i 4 dzieci. Ci dobrzy ludzie przewracali mnie na boki, bo o własnych siłach to nawet głowy nie mogłam podnieść. Po pewnym czasie zaczęłam powoli przychodzić do zdrowia, to z głodu i chłodu zachorowałam na tyfus. Byłam taka słaba, że nigdy już nie myślałam wrócić do kochanej ojczyzny. Mój braciszek, 7-letnie dziecko, wstawał o 4 rano i szedł w kolejkę za chlebem, bo jak pójdzie trochę później, to już „chleba niet”. A mrozy były duże do -40°C. A on biedny nogi owijał szmatami i szedł w kolejkę. Stał na dworzu po te kilka deko chleba. Te rodziny, co z nami mieszkały, opiekowały się mną, przewracali, zawsze mnie pocieszali, modlili się do Matuchny Najświętszej. Latem było trochę lżej, bo braciszek poszedł do roboty i dostawał jeszcze 20 dkg chleba, a on biedny dzieciak nigdy nie zjadł, tylko przynosił do domu, żeby to schować dla mamy jak wróci ze szpitala. Ale niestety nastały gorsze dni, kiedy zaczęłam pomału przychodzić do zdrowia, trzeba było jechać do szpitala do Kirowska, bo któż pojedzie zobaczyć jak czuje się mamusia i tatuś. A było to 12 km. Byłam jeszcze słaba, ale pani Jadzia prosiła dyrektora, żeby dał konia i mnie zawiozła do Kirowska. Dopóki ja ten szpital znalazłam to był już obiad, ale jednak go znalazłam. Wyszła ruska doktorka i zapytała mnie, dlaczego ja taka słaba. Ja jej opowiedziałam całą historię mojego życia. Podała mi wody i kazała mi usiąść. Potem ona zapytała mnie, kto to jest dla mnie Anton. Ja jej mówię, że to jest mój ojciec. To ona mi na to, że on już nie żyje. Ja zaraz zemdlałam. Dała mi zastrzyk i położyła mnie na pryczy. Jak odzyskałam świadomość to już byłam w domu. Gdy doszłam do siebie to zaczęłam mocno płakać, nie mogąc wykrztusić, że już tatusia nie mamy. Braciszek zaczął strasznie płakać, a ja w tym czasie powiedziałam mu:

-     Zostaliśmy we dwoje ty i ja, bo już tatusia nie mamy. Pielęgniarka ze szpitala powiedziała nam, że pochowali go nago z ośmioma innymi zmarłymi.

Mama leżała w szpitalu, nic nie wiedziała o śmierci ojca. Po kilku tygodniach pojechałam z panią Jadzią, by zabrać mamę ze szpitala i przywieźć do domu. Braciszek zarobił trochę chleba, bo pracował na ogrodzie i zachował dla mamusi. Gdy wróciła ze szpitala, to mówił do mamy:

-     Mamuś, zjedz trochę chleba. To ja dla Ciebie zarobiłem. I musisz go zjeść, żebyś była zdrowa i dzielna.

Mama mówiła do nas, że tatuś przyjedzie ze szpitala jeszcze słabszy, a ja bałam się powiedzieć, że już go nie ma wśród nas. Po trzech tygodniach mama zaczęła już chodzić po trochu, to powiedziała do mnie, żebym poprosiła konia u dyrektora to pojedziemy do szpitala odwiedzić tatusia. Przyszła nasza sąsiadka Wojnowa i powiedziała, że tatusiowi nic już nie potrzeba, tylko modlitwa. On już umarł. Mama padła na ziemię i zemdlała. Ja z braciszkiem zrobiliśmy straszny krzyk, bo myślałam, że i mama zmarła. Położyliśmy mamę na łóżko. Wołałam:

-        Mamo, nie umieraj! Nie zostawiaj nas samych! Musisz żyć!

To jeszcze Mamusia trzy tygodnie walczyła ze śmiercią. Ja z braciszkiem modliliśmy się i wołaliśmy do Boga i Matki Częstochowskiej, żeby nam choć mamy nie zabrała. Powoli mamusia powracała do zdrowia.

Antoni Kramkowski, Syberia, Omsk, 1943 r.
Antoni Kramkowski,
Syberia, Omsk,  1943 r.
Maria, Józef i Katarzyna Kramkowscy, Syberia, Omsk, 1943 r.
Maria, Józef i Katarzyna Kramkowscy,
Syberia, Omsk, 1943 r.

 

Od tej chwili, ja 15-letnia dziewczyna wzięłam na swoje barki cały ciężar rodziny. Pracowałam od rana do nocy. Pracowałam przy różnych robotach. „Wygrużałam” pszenicę z samochodu. Kładli nam na plecy po pół metra pszenicy i kazali nosić do „ambaru”. Parę razy zaniosłam, oczy mi wychodziły na wierzch, a nogi uginały się. Za czwartym razem włożyli mi na plecy pół metra pszenicy, ale ja już nie wytrzymałam i padłam jak długa. Przyszedł ruski i kopnął mnie:

-      Wstawaj! Skarej!

Ale ja już nie wstałam, leżałam nie wiem jak długo. Potem podniosły mnie koleżanki. Miałam wybite trzy zęby i skręcony kręgosłup. Na drugi dzień musiałam znowu iść do roboty, bo nie dali chleba. Bolało mnie bardzo, ale musiałam iść. Braciszek po szkole szedł do roboty na ogród, to choć zjadł trochę nacinki i parę liści kapusty.

I tak mijały długie gorzkie dnie, tygodnie, miesiące i lata. Upłynęło pięć lat. Zaczęto formować polską armię na ruskiej ziemi. Szli polscy tułacze w łachach z poowijanymi szmatami nogami do Sielc nad Oką. I szli z ochotą, aby walczyć za ojczyznę, szli młodzi i szli starsi. Szli i szli te biedne ludziska na piechotę, a droga była przed nimi daleka i ciernista. Późną jesienią sformowali Batalion Kobiecy. Mama była po chorobie, ja też po chorobie, a mały braciszek był bardzo dzielny, zawsze mamę na duchu podtrzymywał. Zaczęli brać polskie dziewczyny do Batalionu Kobiecego, taki był rozkaz, nie patrzyli na łzy i prośby, tylko:

-     Marsz na front!

Przyszła kolej i na mnie. Mamusia pocałowała mnie i powiedziała:

-     Idź moje drogie dziecko, bo innej rady nie ma.

Rozstanie przeżyłam bardzo boleśnie. Jak wchodziłam do wagonu, to nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Wagony były nieogrzewane, zimno, okna zamarznięte, nic nie było widać. Jechaliśmy w tych zimnych wagonach trzy tygodnie, a ja wciąż miałam w uszach płacz mamy. Dziewczęta co ze mną jechały to śpiewały, cieszyły się, a mnie nie było do radości. Pocieszały mnie, ale to nic nie dawało. W końcu dojechaliśmy do stacji Buzuły. Tam już wszystko było zbombardowane. Z Buzułów do Sielc nad Oką trzeba było iść 12 km przez most pontonowy nad Oką. Doszliśmy tam na miejsce. Był to ogromny las, w nim ziemianki. Oczywiście przywitali nas z honorami, wtedy po tylu latach usłyszeliśmy Hymn Polski. Było to wielkie przeżycie, płakaliśmy z radości, ze tu na dalekim wschodzie śpiewamy Hymn Polski. Podszedł do mnie porucznik i spytał:

-     Czy znam alfabet Morse’a?

Powiedziałam, że trochę znam z harcerstwa.

Wtedy on powiedział, że weźmie mnie do telefonu. Był to starszy pan po 50. Potem była łaźnia i dali nam umundurowanie: zielone spódnice i bluzy. Po dwóch dniach zaczęli nas po trochu ćwiczyć. Dali nam karabiny i kazali nam strzelać do celu. Karabin był bardzo ciężki. Potem przydzielali nas do batalionów kobiecych, ganiali nas przez dwa tygodnie, tak byłam już wycieńczona, że ledwo chodziłam.

W końcu przyjechał por. Gruza i spytał: co mi jest i czemu jestem taka żółta?

A ja z przemęczenia zachorowałam na żółtaczkę. Opowiedziałam mu swoja historię, że na dalekiej Syberii, gdzieś za Omskiem, zostawiłam chorą mamę i nieletniego braciszka. Straciłam już ojca i nie chcę stracić najbliższych. Poleżałam w polowym szpitalu. Por. Gruza mówi do mnie:

-      Jadę do Moskwy, to może mi się uda, to Cię zwolnią.

I tak się stało. Gdy wrócił porucznik z Moskwy zawołał mnie i powiedział:

-      Chcesz jechać do mamy i brata? To pojedziesz.

Odprowadził mnie do stacji, kupił bilet do Omska i tak w zimnym i zamarzniętym wagonie jechałam z powrotem do mamy.

Gdy otworzyłam drzwi swojej ziemianki, mama jak zobaczyła, to padła na ziemię. Ile było płaczu, ile ściskania, może godzinę trzymałyśmy się obie, aż braciszek nas rozdzielił…

Pamiętam – był to dzień 28 kwietnia, dzień Zmartwychwstania Pańskiego. Wyszliśmy po ośmiu tygodniach jazdy w bydlęcych wagonach z Syberii do utęsknionej ojczyzny. I wszyscy, tak jak nasz Ojciec Święty, całowaliśmy tę Polską umęczoną ziemię. Dojechaliśmy do Przeworska. Tam nas przywitał jakiś pułkownik, witał nas, każdego ściskał i mówił, że jesteśmy już w naszej własnej Polsce. Ile było radości i płaczu. Na drugi dzień Wielkanocy ksiądz z Przeworska powiedział do ludzi:

-     Idźcie na dworzec, tam zobaczycie naszych tułaczy z dalekiej Syberii, zanieście im co nie co do jedzenia, bo oni są głodni, wyczerpani i zmęczeni. I ludzie z Przeworska zaczęli przynosić gotowaną zupę. Przyszedł do naszych wagonów ksiądz proboszcz z Przeworska i przywitał nas w imię Boże. Każdego z nas uściskał, było to bardzo wzruszające, bo po prostu nie wierzyliśmy, że już stoimy na naszej polskiej ziemi.

Katarzyna i Maria Kramkowskie, po powrocie z Syberii, 1946 r.
Katarzyna i Maria Kramkowskie,
po powrocie z Syberii, 1946 r.
Katarzyna, Maria i Józef Kramkowscy, po powrocie z Syberii.
Katarzyna, Maria i Józef Kramkowscy,
po powrocie z Syberii.

 

/Fragment książki J. Maroszka i A. Studniarka
„Dzieje Trzciannego i obszaru gminy Trzcianne w XV-XX wieku”/